RĘKA

 

 

1. Koniec

 

Wycie... To wycie...

 

Ból w nieistniejącej ręce nie dawał mu spać. Tabletki nie skutkowały. Z obojętnością wpatrywał się w zabandażowany kikut. Zawsze uważał, że obojętność jest gorsza od śmierci, ale teraz gówno go obchodziło, że stoczył się poniżej dna.

Zabawne: nigdy nie myślał o bólu jako o czymś fizycznym. Bolało go istnienie, bolała go dusza, bolała go miłość. Nigdy ręka, ani jakakolwiek inna część ciała Te, ilekroć był ranny, po prostu go napierdalały.

Czuł powolne opadanie w pustkę. Nie, w pustce nie ma opadania. Czuł przeistaczanie się w pustkę.

Nie potrzebował, jak kiedyś, wyjść, by zakosztować wolności, zaczerpnąć powietrza, spojrzeć w rozgwieżdżony nieboskłon. Instynkt już nie dawał o sobie znać, znikał razem z bestią w bezgłośnej agonii.

 

Wycie bez powrotu...

 

2. Początek

 

Ślepy ryk.

 

Obojętność gasła. Potrzeba wolności odeszła. Miłość zmieszała się z błotem. Rodziła się nienawiść.

Nienawidził każdej komórki nowej ręki. To nie była jego ręka. Ból też nie był jego, więc tłukł nią ile sił o metalowy stolik przy łóżku.

Opatrzyli. Przywiązali. Zostawili sam na sam z częścią anonimowego denata.

Nie będzie nikogo utrzymywał przy życiu! Nienawiść zabrania. Czym jesteś, żeby zabraniać? Nienawidził nienawiści.

 

Ryk furii.

 


Góra strony