PORTRET CZŁOWIEKA O ŚWICIE

 

Za każdym razem, gdy wchodził do swojego jedynego pokoju, uderzał głową w lampę, która niebezpiecznie nisko zwieszała się z sufitu. A może to on był niebezpiecznie wysoki... Mieszkał prawie zupełnie sam wśród sześciu otaczających go betonowych płyt i okna, przez które nie warto było nawet popatrzeć. Szarość zmierzchu i okolicy wolno zaczęła wpełzać przez szybę, więc zapalił światło. Blask nagiej żarówki oświetlił jego jasne włosy równie złociste, jak oprawki jego okularów. Regularne, klasyczne rysy twarzy przypominały ten pokój. Stało tu tylko łóżko, lodówka i sztaluga z rozpiętym na niej nie dokończonym obrazem. Przypominał skazańca rozciągniętego na jakimś przedziwnym narzędziu tortur.

Musisz zasłużyć, abym cię zdjął — Myślał, gdy spoglądał w stronę obrazu — Musisz mi jeszcze wyjawić swoją tajemnicę.

 

Słowa te brzmiały jeszcze chwilę w jego głowie i ucichły, jak struna potrącona przypadkiem przez wiatr. I znów ogarnęło go to milczenie, które zawsze zachowywał skryty świat. Nie przeszkadzało mu to jednak, chociaż dawniej kontakt z innymi ludźmi sprawiał mu ogromne trudności. Nie tylko ze względu na upośledzenie słuchu; nazywano go dziwakiem i odludkiem, bo nie chciał korzystać z dobrodziejstw nauki i techniki, aby zostać normalnie funkcjonującym w społeczeństwie przeciętnym człowiekiem. Zresztą słowa nie potrzebowały powietrza, aby dotrzeć do jego umysłu. Ludzkie usta były jak pióro, które wyraźnie zapisuje litery na karcie papieru.

 

Okazja do odczytywania mowy ciała nie nadarzała się często. Męczyły go spotkania z innymi przedstawicielami gatunku homo sapiens. Między innymi dlatego, że nie chciał mówić. Słowa były najmniej doskonałymi tworami umysłu człowieczego. Stanowiły odbicie myśli równie niewyraźne, jak zniekształcone piękno słonecznego dnia przeglądające się w zwierciadle jeziora. Jego pamięć sięgała często do czasów, kiedy jeszcze coś takiego istniało. Obecnie na tym miejscu były wypełnione cuchnący błotem dziury w ziemi.

 

A on tak ukochał piękno. Dążył do ideału całym swoim życiem. Jego obrazy musiały być doskonałe, inaczej nie zadałby sobie nawet trudu sięgnięcia po pędzel. Rzeczywistość przedstawiał w sposób hiperrealistyczny, na przekór wszystkim abstrakcjom codzienności. Godzinami potrafił zastanawiać się nad jednym pociągnięciem pędzla, kolorami, czy sposobem zestawiania barw. Na swojej palecie stworzył laboratorium, w którym wyczarowywał zamglone błękitnoszare niebo, brudną zieleń trawy lub refleks światła na grzbiecie jego jedynego przyjaciela. Kot nie miał imienia; czy to jednak zmieniłoby coś w jego życiu?

 

Do szczęścia kotu potrzebna była pełna miska z mlekiem i człowiek obok. Jego poranna wędrówka w stronę lodówki odbywała się zwykle przy niesłyszalnym akompaniamencie przeciągłego, podobnego do jęku miauczenia. Mężczyzna widział jego otwarty pyszczek i tylko wtedy żałował, że nie może usłyszeć głosu przyjaciela. Czasami sam się zastanawiał, czy byłby w stanie normalnie funkcjonować bez niego. Czuł się tak potrzebny kotu, że zastanawiał się, czy przypadkiem nie jest odwrotnie. Obaj szli własnymi drogami, które krzyżowały się co jakiś czas. Instynkty zwierzęcia zazwyczaj górowały nad przywiązaniem, jakim darzyło swojego opiekuna i wtedy pozostawiał go, pełnego niepokoju i oczekiwania na swój powrót. Aby zmniejszyć napięcie spowodowane pustką nagle zbyt dużego pokoju, mężczyzna malował. Portret swojego kota. Znał każdy włosek jego sierści, każdą brunatną plamkę na jego czarnym grzbiecie i przedziwny wyraz zielonych oczu o pionowych źrenicach, które zmieniały się co chwila: złotozielone, gdy kot był w przyjaznym nastroju, stawały się groźnie ciemne, kiedy dawała znać o sobie jego mroczna natura. Jak każdy szanujący się przedstawiciel swojego gatunku, szukał własnych ścieżek, na których podążał za szczęściem, odkrywaniem sensem istnienia, czy po prostu zabawą. Wracał potem do swojego opiekuna, o którym nigdy nie myślał jako o właścicielu. Czyż można mieć kogoś równie niezależnego i oryginalnego?

 

Ale wracał. Nie tak, jak te piękne, pachnące i zadbane istoty, które zdawały się nie należeć do tego samego gatunku. Łagodne spojrzenie spod błyszczących szkieł czasami przyciągało kobiety jak tajemniczy magnes. Nieczęsto się to zdarzało, bo rzadko decydował się na opuszczenie własnego świata. Wtedy one jednak delikatnie wkraczały do jego krainy milczenia. Spotykał je w windzie, na schodach, gdy starał się dotrzeć na swoje trzydzieste trzecie piętro. Próbował je zrozumieć, ale słyszał tylko słowa. Patrzył więc, podziwiał i starał się odnaleźć ten pierwiastek piękna, muśnięcie ideału i powiew rajskiego wiatru, aby ogarnąć to, czego myślą nie da rady wyrazić. W zamian one ofiarowywały u słowa o miłości, aby następnego ranka odejść, pozostawiając po sobie subtelny zapach perfum i bolące jak po uderzeniu miejsce w duszy.

 

Kiedyś nazywano go odludkiem, dziwakiem. Sąsiedzi nagabywali go na schodach, próbując zmusić do wypowiedzenia choć jednego słowa. Bezskutecznie; w końcu zapomniano o nim. Stał się jednym z nich, równie niezauważalnym, jak mebel stojący „od zawsze” w tym samym miejscu. Nikomu nie przeszkadzał i nikt go nie zadręczał swoją obecnością. Żył z dnia na dzień, nie licząc się z możliwością zaistnienia jakiejkolwiek rewolucji, ani wydarzenia, które mogłoby zmienić bieg jego spokojnego życia. Momenty takie mają to do siebie, że nie przysyłają lokaja z biletem wizytowym, lecz osobiście wkraczają z brudnymi butami do naszych domów.

 

Któregoś dnia mężczyzna obudził się i z zadowoleniem pomyślał, że portretowi przyjaciela brakuje już tylko kilku pociągnięć pędzla. Wstał z łóżka i wzrokiem poszukał kota, który wieczorem powrócił z jedne ze swoich włóczęg. Nie znalazł go — co było dużym zaskoczeniem. Wytrącony z równowagi mężczyzna, zapomniał, gdzie miał się znaleźć refleks światła w oku kota. Nieprzytomnym z niepokoju wzrokiem omiótł pokój, ponownie spojrzał na obraz i zobaczył ironiczny uśmiech kota.

Ja nie wrócę — sam o tym dobrze wiesz. Co zamierzasz zrobić? Zapłaczesz nade mną, czy dokończysz obraz? A może postanowisz mnie poszukać? Nie... Nawet dla mnie nie opuścisz wysokich murów swojej twierdzy, prawda?

 

Pytanie zawisło w ciszy, wśród myśli, strachu i obrazów kłębiących się w głowie malarza za ściśle zatrzaśniętymi powiekami. Powoli otworzył je, spojrzał i zamarł. A portret przemawiał:

Myślę, że jednak mogę się mylić. Po prostu wyjdziesz z domu, powoli zejdziesz na ulicę i najzwyczajniej w świecie zapytasz o mnie, nieprawdaż? Ale nie nawet dla mnie tego nie zrobisz!

Szyderczy krzyk rozerwał ciszę, na kształt wybuchu w krainie spokoju i milczenia. Poruszył powietrze i uruchomił najbardziej oporne komórki w mózgu człowieka, który wciąż nie mógł pojąć, co się stało.

Co teraz zamierzasz? Tak stać i myśleć o mnie? Przepraszam o sobie jak to się stało, że ja mówię, a ty to słyszysz?

Już dawno chciałem to wykrzyczeć: jesteś wrakiem leżącym na dnie morza, zamkniętym wśród betonu ścian. Na zewnątrz teraz jest wiosna; czy znasz w ogóle to słowo? Szukasz ideału rzeczywistości, a sam żyjesz w wyimaginowanym świecie! Obudź się w końcu z tego snu!

 

Zza okna dobiegał hałas ulicy. Biel i pastele ciszy ustąpiły miejsca czerwieni i ostrą tęczą dźwięków pochodzących z całego wszechświata. Za ścianą głośno bawiły się dzieci, tupiąc i śmiejąc się radośnie, a za szybą świat przeżywał dzień na swój własny sposób. Kiedy mężczyzna opuszczał mieszkanie, drzwi zaskrzypiały, jakby same dziwiły się własne śmiałości. Trzęsącą się ze zmęczenia windą zjechał na sam dół.

 

Przed domem na chodniku stała stara kobieta w ciemnych okularach, której dłonie były kurczowo zaciśnięte na białej lasce.

— Przepraszam, czy nie widziała pani przypadkiem dużego czarnego kota?

 


Góra strony