POLOWANIE NA ANIOŁY (1998-2000)

 

1.            Negatyw

2.            Nie ty

3.            Deklinacja

4.            Po rozmowie z tym, który przeszedł

5.            W głąb

6.            [nawet teraz...]

7.            Drżenie

8.            Potępiony

9.            Dziecko

10.       Brompton Oratory

11.        Polowanie na anioły

12.        Artyści

13.        Krwią pisane

14.        Zły

15.        Odszedłszy

16.        Skoczek

17.        Zaklęty

 


 

NEGATYW

 

Czy masz dokąd wracać wieczorem?

Czy masz komu życie poświęcić?

Czy szczerość twa prawdy pozorem,

czy ostatecznym zaklęciem?

 

Ze snu próbowałeś się zbudzić,

z życiem swym bólem podzielić...

Lecz nie przestajesz się łudzić,

choć los ci zabrał tak wiele.

 

I nie przestajesz krzyczeć,

i strzępki nadziei żywisz,

bo wciąż ci do ucha syczy,

że wszystko się skończy szczęśliwie...

 

NIE TY

 

nie ty

 

wciąż sączę bolesną muzykę

 

stawiam świątynię

ku własnej czci

kto przyjdzie i odprawi modły?

 

nie ty

 

i znów nie trafiłem w życie

 

ona tętni

i tętni

i tętni

ten czas!

 

nie ty

 

sztywny kark

i prawo ciążenia

 

DEKLINACJA

 

A ty?

Jak?

W samotności, rzecz jasna...

 

Nie nazywaj,

bo to nie tak...

Będzie bolało...

 

Może bez znaczenia, ale

teraz,

właśnie w tej chwili

 

ktoś

tak jak ty, ciebie, tobie, z tobą, o tobie...

 

Jesteś sam —

niewątpliwie.

Ale nie jedyny.

 

PO ROZMOWIE Z TYM, KTÓRY PRZESZEDŁ

 

w nim też tkwiło przekleństwo

głębiej

i mocniej

 

przekroczył bariery

lecz tylko on wie

 

przebić się

znaczy zniszczyć

i przerwać

 

W GŁĄB

 

pamiętam Irlandio

pamiętam wszystko czego nie było

 

kamienie

jak wrzos

i burze

jak spokój w sercu

 

przez płomienie

widzę twoje gwiazdy

 

i pytam tylko

czyje to kolumny

 

*   *   *

 

nawet teraz

gdy tak niewiele czuję

 

czekam na światło

 

DRŻENIE

 

nie mogę się z tym pogodzić

lecz wiem już

ile kosztuje niezłomność

 

nie środków przeciwbólowych mi trzeba

lecz ciebie

bym wreszcie miał dokąd wracać

 

słowa prowadzą donikąd

a siła czyni mnie słabym

 

dziś jeszcze

zjem kolację bez smaku

pogrążę się w niemym cierpieniu

przeczytam swój list pożegnalny

 

a jutro pójdę do pracy

 

POTĘPIONY

 

a gdy idzie

łańcuch ciężko dźwięczy

 

a gdy pada

nikt go nie podnosi

 

wmalowany

w pejzaż bez pamięci

 

a przed nim nic

a za nim nic

 

a gdy myśli

gubi się w ciemności

 

a gdy czuje

ból nie czuje jego

 

a gdy płacze

echo go nie słucha

 

a nad nim nic

a pod nim nic

 

a gdy kona

to nigdy do końca

 

DZIECKO

 

z resztek siebie

zbudowałem nowy świat

 

koślawy on jakiś

murarka marna

spoiwo się kruszy

co chwilę coś odpada

 

a ja klecę

i łatam

 

już tylko z przyzwyczajenia

 

BROMPTON ORATORY

 

splugawiona miłością

przeniknięta zmarnowanym nasieniem

z uwielbieniem spoglądasz

na palce co

w rytm ballady Cave'a

krew twą rozmazują

 

w sercu potępienia

ekstatycznie wychylasz

kolejny kielich zła

 

POLOWANIE NA ANIOŁY

 

            — Uciekł.

 

ARTYŚCI

 

są jak dzieci

których codzienności nigdy nie doświadczysz

 

nie wzlecisz tak wysoko

nie upadniesz tak nisko

 

gdy rzucone przeznaczeniem

udają, że ktoś o nich myśli

dyskretnie odwróć wzrok

pozwól im krwawić w spokoju

 

KRWIĄ PISANE

 

nie mam ci za złe

że mną gardzisz

 

ale kiedy czytasz moje życie

choćby przez grzeczność

nie wzruszaj obojętnie ramionami

 

ZŁY

 

Stworzyłem siebie na ludzkie podobieństwo —

Tak tylko bowiem ból mój mogę karmić,

I zmieniłem życie w krwawe nabożeństwo,

By nieść męki płomień pośród nocy czarnej.

 

Powstawałem zmierzchem i konałem świtem,

Aby moją drogę mogły znaczyć krzyże;

W otchłań potępienia spadałem ze szczytów,

By mój krzyk samotny mógł rozedrzeć ciszę.

 

Gdy się z tobą szczodrze dzielę swym cierpieniem,

Krwaw jak inni krwawią, wyj jak inni wyją —

Musisz mi powierzyć swoje nieistnienie,

By z mych rąk splamionych śmierci dar móc przyjąć.

 

ODSZEDŁSZY

(Markowi M.)

 

Gdy próg ten przekracza Przyjaciel

Dalekie wtóruje mu echo

Chce płomyk znów przynieść pod strzechę

Pod którą płomyki się traci

 

Przedwczoraj uważałby przy tym

By zgubnej pożogi nie wzniecić

Dziś świecą rozgarnia stos śmieci

Bo wszystko do cna jest przegnite

 

Pleśń pełza po belkach powały

Na miazgę rozkłada podłogę

Okienny oczodół złowrogi

Tkwi w ścianie doszczętnie zbutwiałej

 

Na stołu sczerniałych resztkach

List pożegnalny wciąż leży

On jednak nie chce uwierzyć

Że nikt już tutaj nie mieszka

 

Na przemian klnie, woła i płacze

I brnie szukać śladów szczęśliwych

W domu, co kiedyś był żywy

W świątyni zatartych znaczeń

 

SKOCZEK

 

świat się stał

i brak mu było życia

skradł swój mrok

i przepaść w los przemycił

 

zrobił krok

rozpaczą zszył źrenice

skrzydeł szum

zbyt cichy, by go słyszeć

 

tysiąc nieb

wznosiło go w przestworza

stracił myśl

że wzrok już podnieść może

 

ZAKLĘTY

 

I znów błędną drogę wybrałeś

Strażniku mrocznego klejnotu

Pochodnia ci światła nie daje

I nie czuć nic prócz wilgoci

 

Korytarz się wije gdzieś w wieczność

Tam krew przestaje pulsować

A to, czego strzec miałeś pewnie

Drwi, nie powstając z tronu

 

Choć jaźń nieustannie wysyłasz

Tam, dokąd trwanie nie sięga

Krzty błysku dostrzec nie możesz

I wciąż próbujesz pamiętać

 


Góra strony