Wreszcie nadszedł upragniony wieczór. Zmęczony całodziennymi
zmaganiami z losem, z radością wgramoliłem się do łóżka. Nie pragnąłem niczego
więcej, niż zapaść w długi, regenerujący sen.
Nagle, nie wiadomo skąd, rozległ się przeciągły, sarkastyczny
głos:
— Fajnie, co?
Otworzyłem oczy — ciemno. Przewróciłem się na drugi bok
i nakryłem głowę kołdrą.
— A kolacyjka smakowała? — To nie była moja wyobraźnia!
Najwidoczniej nie znajdowałem się sam w tym pomieszczeniu. Usiadłem na
łóżku.
— Kto tu? — spytałem niepewnie.
— Współlokator — wzgardliwie odpowiedział głos.
Współlokator?! Przecież odkąd pamiętam, zawsze mieszkałem sam.
Może duch? Ale czego, do cholery, mógł ode mnie chcieć? I dlaczego akurat
teraz?
— Gdzie jesteś? — indagowałem dalej.
— Nad twoją głową.
Potrafi latać. Na pewno duch.
— Nie widzę! — wykrzyknąłem.
— To zapal światło, idioto! — wyraźnie zaczynał się
niecierpliwić, a rozmowa nadal się nie kleiła.
Zrobiłem, co zaproponował i popatrzyłem w górę. W rogu, pod
sufitem, na ogromnej pajęczynie siedział równie ogromny pająk.
Z brunatnego głowotułowia odchodziły cztery pary nieco ciemniejszych
odnóży.
— Co się gapisz? Nie widziałeś pająka? — zapytał zaczepnie. Po
chwili dodał trochę spokojniej: — Głodnego pająka...
— Jesteś głodny? Dlaczego czegoś nie zjesz?
— Ktoś nie je, bo ktoś inny mu od gęby odbiera — powiedział
filozoficznie i spojrzał na mnie z ukosa.
— Ale co ja ci jestem winien? — naprawdę nie wiedziałem, o co mu
chodzi.
— A kto potraktował muchy aerozolem?!!! — wybuchnął. Jego głos
załamał się ze złości, jakby właśnie przechodził mutację. — To nie fair —
dorzucił płaczliwie.
Teraz zrozumiałem.
— Skąd mogłem wiedzieć, że... Chwileczkę, a ciebie trucizna nie
rusza?
— Umiesz czytać? — powoli odzyskiwał zuchwałość. — To przeczytaj
zalecenia.
Chwyciłem pojemnik ze sprayem.
— "Na muchy, komary i inne latające insekty..." —
czytałem głośno.
— Czy ja wyglądam na latającego insekta? — szydził. — A może po
prostu odczepiłem sobie skrzydełka?
Postanowiłem go nastraszyć. Zgasiłem światło i ułożyłem się
wygodnie.
— Ja mogę spać, to nie mnie głód doskwiera.
— Poczekaj! Chcesz mnie tak zostawić?
Poskutkowało. Spuścił z tonu.
— Tak. A jutro kupię środek na owady kroczące.
Zaległa cisza. Chwilę później usłyszałem ledwie wyczuwalne
tupanie — widocznie przeszedł na ścianę. W końcu przemówił:
— Posłuchaj, mam pomysł.
— Co znowu... — zapaliłem światło Pająk nerwowo chodził po
suficie, tam i z powrotem.
— Zawrzyjmy układ — zatrzymał się, chcąc przybrać godniejszą
pozę. — Ja zajmę się muchami, a ty zostawisz mnie w spokoju.
— Przecież mam spray — odrzekłem.
— To nie to samo — mówił szybko, jakby obawiał się, że mu
przerwę. — Spray nie usuwa muszych trupów, nie daje stuprocentowej pewności,
jest szkodliwy dla zdrowia... — zaczął wyliczać.
— Dobrze, dobrze... Umowa stoi — zgodziłem się. To wcale nie było
takie głupie. Szykowałem się do snu.
— Ale ja ciągle jestem głodny — ozwał się znajomy głos.
— A skąd ja ci teraz wezmę muchy?! — wykrzyknąłem
zniecierpliwiony. — O nie, nawet o tym nie myśl — rzekłem, gdyż znacząco
zerknął w stronę klatki schodowej.
— Jasne, zdechnę tu marnie i nie zdążę już dotrzymać obietnicy,
która jak wiadomo... — nie potrafiłbym go przegadać, nawet gdybym bardzo,
bardzo tego pragnął. Rad, nie rad — wstałem, wsunąłem nogi w kapcie, wziąłem
latarkę i poczłapałem na korytarz.
Powróciwszy, ze złością cisnąłem garść much w pajęczynę. Pająk
natychmiast zabrał się do konsumpcji. Nie połykał wszystkiego żarłocznie, jak
leci, lecz ze swoistą manierą wybierał co lepsze kąski. Zmęczony łowami
zwaliłem się do łóżka i nareszcie na dobre zgasiłem światło.
* * *
Nazajutrz zbudził mnie szwargot i jakieś nieokreślone poruszenie.
Otworzyłem oczy i... przetarłem je z wrażenia. Po ścianie sunął rządek
mniejszych i większych pająków — wiernych kopii mego wczorajszego rozmówcy.
— A to co? — spytałem tego, który siedział na pajęczynie. Nie
rozpoznałbym go — miałem nadzieję, że nie zmienił swojego miejsca.
— Rodzina — odpowiedział i zabrał się do kolejnej muchy.
Kilkanaście włochatych, długonogich stworzeń w oka mgnieniu rozeszło się po pokoju.