PRAWDZIWEJ MIŁOŚCI LUSTRO (1994-1997)

 

1.            [dwie osoby...]

2.            [twój dotyk to dla mnie...]

3.            [maluję białe---]

4.            Prawdziwej miłości lustro -I-

5.            Prawdziwej miłości lustro -II-

6.            [mrok...]

7.            [zamglony autobus...]

8.            [tańczyłam z liśćmi...]

9.            Niedzielny spacer

10.       [każda kropla naszych oddechów...]

11.        [w każdej komórce mojego ciała...]

12.        [cokolwiek powiesz...]

13.        [bądź przy mnie blisko...]

14.        [tam dom twój gdzie serce...]

15.        [deszczyk sobie pada...]

 


 

Dwie osoby

Naczynia wypełnione

Ale tylko do połowy

Ja ci dolewam, oddaję

Ty mi—Jest równo

--HARMONIA--

Ty przestajesz

Ja wciąż ofiarowuję

Ty jesteś pełen

Ty masz już dosyć

Parskasz moją miłością

Topisz się

Uciekasz

A ja

Usycham...

 

 

Twój dotyk to dla mnie

Deszcz

Który sprawia że

Staje się zimno i ciepło wraz

Delikatnie uderza i gładzi

Opływa moje ciało

Dreszcze zimna i gorąca

 

Nic dziwnego

Że tracę się

Nie chcę się zatrzymać

Ale deszcz jest ziębiący

W końcu

Zamarzam

Z gorąca

 

 

Maluję białe---

Jest czarne

Ciemność —

Najświetlejszym światłem

Co dobre i łagodne

Okrutne i złe się wydaje

Czy jestem-byłam-będę

Maszyną

Do tworzenia

Kontrastów?

 

 

PRAWDZIWEJ MIŁOŚCI LUSTRO -I-

 

Prawdziwej miłości lustro

Jej samej

Tak

Naprawdę

Nie ma...

To duch —

Powiew zefiru

Rozwiewa ją

A co

Dopiero

Huragan życia

 

 

PRAWDZIWEJ MIŁOŚCI LUSTRO -II-

 

 

To źródło wszelkich

Ciemności

Nierówna tafla wody

W której delikatny

Cień

Przemyka się powierzchnią

Zostawiając

Tylko lekki

Powiew wspomnień

Jej samej

Po prostu

Nie ma...

 

 

Mrok

Ciepły szal

Który rozgrzewa

Zziębnięte dniem dłonie

 

Białe światło

Kłuje

W nienawykłe

Oczy

 

Ból

Który rozjaśnia myśli

Blaskiem

I eksplozją

Błyskawicy

 

Znowu jest

Noc...

 

 

Zamglony autobus

Mija rozmyte topole

Ciepła wilgoć wypełnia jego wnętrze

Ludzie trzymają kwiaty

 

A lato tamtego roku

Zostało gdzieś w innych stronach

I chyba tylko deszcz ciepły wysłało

By nas przeprosił od niego

 

Gdy staram się dojrzeć ulicę

Domy mijają bezkształtnie

Wypełniając mi łzami oczy

 

Na szybie list

Lecz bez adresata

Trzy słowa

 

 

Tańczyłam z liśćmi

Lecz rozwiał je wiatr

Płakałam z deszczem

Słońce osuszyło świat

Milczałam z drzewem

Zaśpiewał coś ptak

Krzyczałam z echem

Zagłuszył mnie las

Leciałam z ważką

Złocistość wchłonęła nas

Więc cóż mam zrobić poza tym

By stać się dla ciebie światem?

 

 

Niedzielny spacer

 

Słońce zaćmione dziś częściej

Niż raz na sto długich lat

Trudno mu uzyskać przepustkę

Od urzędasów firmy Chmura&Syn

Gdy choć na chwilę wygląda

Spoza gęstych firan

Swej celi

Z daleka obserwuje czysty chłód powietrza

 

Jak wielka szczotka odkurza

Zapomnianą biel starych domów

Wyłuskuje niemodną rudość futra

Psa szukającego dnia wczorajszego

Jak kości, schowanej nie wiadomo gdzie

 

Idę zamknięta w ciepłej bieli swetra

I szukam drogi do samego nieba

Chodnik biegnie, obok, lecz w przeciwnym kierunku

(prawdopodobnie niezbyt się lubimy)

Być może i on stara się odnaleźć dom

W naszej dolinie ludzkiego strachu i szczęścia.

 

 

Każda kropla naszych oddechów

Upada zbłękitniała chłodem powietrza

Między nami, zbłąkanymi duszami

Co grzeją własne dłonie

By ich ciepła nie zdradzić przed drugim

Perły mlecznoniebieskie dźwięczą

O lód, na którym ślizgają się nam stopy

Więc siłą woli utrzymujemy równowagę

Aby nie wpaść sobie przypadkiem w ramiona...

 

 

W każdej komórce mojego ciała

Widnieje maleńki

Znak zapytania

Wcześniej tam było

Twoje imię jak znak przynależności

Miejsce zamieszkania

Nazwa planety

Czy też miasta

 

Teraz tam pusto

I nieco smutno

Choć usta ciągle parabolka

W górę

 

Z czego się cieszyć

Gdy cała drżę

Jak roślinka pustynna

Łaknąca wody

O wytrzymałości tylko

Do tego momentu

O, właśnie tego

 

Spadnij deszczem

Przyjdź

Napisz swe imię

Chyba, że nie chcesz

A wtedy tylko

Uschnę

I zginę

 

 

Cokolwiek powiesz

Przeciwko tobie

My użyjemy

A nawet ja

Strzeż się

Strzeż

Bo możesz nie dać rady

Się później wyplątać

Z własnych słów

 

Cokolwiek zrobisz

Przeciwko tobie

Znów się obróci

W otwarte drzwi

O wiele łatwiej

Wejść z butami zabłoconymi

Strzeż się

Strzeż

Bo możesz wpuścić go znów

 

Cokolwiek pokochasz

Przeciwko tobie

Będą ci oni

Zazdrośni tchórzliwi

Strzeż się

Strzeż

Bo możesz

Raz jeszcze

(I znów ten błąd)

Pokochać

 

 

‘bądź przy mnie blisko

bo tylko wtedy

nie jest mi zimno’

 

bądź ze mną szczery

bo tylko wtedy

wierzę światu

 

bądź ze mną wesoły

bo tylko wtedy

zauważam uśmiechy ludzi

 

bądź ze mną wszędzie

bo tylko wtedy

lasy, ogrody, morza, miasta, ulice, ludzie

 

bądź przy mnie blisko

bądź ze mną

bądź

 

 

Tam dom twój gdzie serce

Też twoje

Puk puk

Stuk puk

Ding dong

A ty w środku

Puk puk

To w okno

Jasno jak w dzień

A za mną ciemność

Przechodzisz wciąż

Kuchnia pokój sypialnia łazienka

Pokój łazienka kuchnia sypialnia

Na uszach

Słuchawki

 

 


 

 

Deszczyk sobie pada i wcale nie chce przestać. A mnie się dziwnie na duszy mokro robi

i aż smutno od tego chlupotu ciągłego wśród myśli moich wesołych i mniej radosnych też.

Zimne i wilgotne włosy, krople wody z nieba na ustach i twarzy proszą błagają o ciepło twoje,

o słońce ukryte w twych oczach. Przybądź cudny władco sierpniowy

i osusz skropione chłodem marzenia,

aby rozpostarły skrzydła, niby ptak zmarznięty,

i uleciały spełnione, suche i szczęśliwe.

 


Góra strony