PRAWDZIWEJ MIŁOŚCI LUSTRO (1994-1997)
2.
[twój dotyk to dla mnie...]
6.
[mrok...]
10. [każda
kropla naszych oddechów...]
11.
[w każdej komórce mojego
ciała...]
13.
[bądź przy mnie blisko...]
14.
[tam dom twój gdzie serce...]
Naczynia wypełnione
Ale tylko do połowy
Ja ci dolewam, oddaję
Ty mi—Jest równo
--HARMONIA--
Ty przestajesz
Ja wciąż ofiarowuję
Ty jesteś pełen
Ty masz już dosyć
Parskasz moją miłością
Topisz się
Uciekasz
A ja
Usycham...
Deszcz
Który
sprawia że
Staje
się zimno i ciepło wraz
Delikatnie
uderza i gładzi
Opływa
moje ciało
Dreszcze
zimna i gorąca
Nic
dziwnego
Że
tracę się
Nie
chcę się zatrzymać
Ale
deszcz jest ziębiący
W
końcu
Zamarzam
Z
gorąca
Jest czarne
Ciemność —
Najświetlejszym światłem
Co dobre i łagodne
Okrutne i złe się wydaje
Czy jestem-byłam-będę
Maszyną
Do tworzenia
Kontrastów?
Prawdziwej
miłości lustro
Jej
samej
Tak
Naprawdę
Nie
ma...
To
duch —
Powiew
zefiru
Rozwiewa
ją
A co
Dopiero
Huragan
życia
To źródło wszelkich
Ciemności
Nierówna tafla wody
W której delikatny
Cień
Przemyka się powierzchnią
Zostawiając
Tylko lekki
Powiew wspomnień
Jej samej
Po prostu
Nie ma...
Ciepły
szal
Który
rozgrzewa
Zziębnięte
dniem dłonie
Białe
światło
Kłuje
W
nienawykłe
Oczy
Ból
Który
rozjaśnia myśli
Blaskiem
I
eksplozją
Błyskawicy
Znowu
jest
Noc...
Mija rozmyte topole
Ciepła wilgoć wypełnia jego
wnętrze
Ludzie trzymają kwiaty
A lato tamtego roku
Zostało gdzieś w innych stronach
I chyba tylko deszcz ciepły
wysłało
By nas przeprosił od niego
Gdy staram się dojrzeć ulicę
Domy mijają bezkształtnie
Wypełniając mi łzami oczy
Na szybie list
Lecz bez adresata
Trzy słowa
Lecz
rozwiał je wiatr
Płakałam
z deszczem
Słońce
osuszyło świat
Milczałam
z drzewem
Zaśpiewał
coś ptak
Krzyczałam
z echem
Zagłuszył
mnie las
Leciałam
z ważką
Złocistość
wchłonęła nas
Więc
cóż mam zrobić poza tym
By
stać się dla ciebie światem?
Słońce zaćmione dziś częściej
Niż raz na sto długich lat
Trudno mu uzyskać przepustkę
Od urzędasów firmy
Chmura&Syn
Gdy choć na chwilę wygląda
Spoza gęstych firan
Swej celi
Z daleka obserwuje czysty chłód
powietrza
Jak wielka szczotka odkurza
Zapomnianą biel starych domów
Wyłuskuje niemodną rudość futra
Psa szukającego dnia
wczorajszego
Jak kości, schowanej nie wiadomo
gdzie
Idę zamknięta w ciepłej bieli
swetra
I szukam drogi do samego nieba
Chodnik biegnie, obok, lecz w
przeciwnym kierunku
(prawdopodobnie niezbyt się
lubimy)
Być może i on stara się odnaleźć
dom
W naszej dolinie ludzkiego
strachu i szczęścia.
Upada
zbłękitniała chłodem powietrza
Między
nami, zbłąkanymi duszami
Co
grzeją własne dłonie
By
ich ciepła nie zdradzić przed drugim
Perły
mlecznoniebieskie dźwięczą
O
lód, na którym ślizgają się nam stopy
Więc
siłą woli utrzymujemy równowagę
Aby
nie wpaść sobie przypadkiem w ramiona...
Widnieje maleńki
Znak zapytania
Wcześniej tam było
Twoje imię jak znak
przynależności
Miejsce zamieszkania
Nazwa planety
Czy też miasta
Teraz tam pusto
I nieco smutno
Choć usta ciągle parabolka
W górę
Z czego się cieszyć
Gdy cała drżę
Jak roślinka pustynna
Łaknąca wody
O wytrzymałości tylko
Do tego momentu
O, właśnie tego
Spadnij deszczem
Przyjdź
Napisz swe imię
Chyba, że nie chcesz
A wtedy tylko
Uschnę
I zginę
Przeciwko
tobie
My
użyjemy
A
nawet ja
Strzeż
się
Strzeż
Bo
możesz nie dać rady
Się
później wyplątać
Z
własnych słów
Cokolwiek
zrobisz
Przeciwko
tobie
Znów
się obróci
W
otwarte drzwi
O
wiele łatwiej
Wejść
z butami zabłoconymi
Strzeż
się
Strzeż
Bo
możesz wpuścić go znów
Cokolwiek
pokochasz
Przeciwko
tobie
Będą
ci oni
Zazdrośni
tchórzliwi
Strzeż
się
Strzeż
Bo
możesz
Raz
jeszcze
(I
znów ten błąd)
Pokochać
bo tylko wtedy
nie jest mi zimno’
bądź ze mną szczery
bo tylko wtedy
wierzę światu
bądź ze mną wesoły
bo tylko wtedy
zauważam uśmiechy ludzi
bądź ze mną wszędzie
bo tylko wtedy
lasy, ogrody, morza, miasta,
ulice, ludzie
bądź przy mnie blisko
bądź ze mną
bądź
Też
twoje
Puk
puk
Stuk
puk
Ding
dong
A ty
w środku
Puk
puk
To w
okno
Jasno
jak w dzień
A za
mną ciemność
Przechodzisz
wciąż
Kuchnia
pokój sypialnia łazienka
Pokój
łazienka kuchnia sypialnia
Na
uszach
Słuchawki
Deszczyk sobie pada i wcale nie chce
przestać. A mnie się dziwnie na duszy mokro robi —
i aż smutno od tego chlupotu ciągłego wśród myśli moich — wesołych i mniej radosnych też.
Zimne i wilgotne włosy, krople wody z nieba na ustach i twarzy
proszą — błagają o ciepło twoje,
o słońce ukryte w twych oczach. Przybądź cudny władco sierpniowy
i osusz skropione chłodem marzenia,
aby rozpostarły skrzydła, niby ptak zmarznięty,
i uleciały spełnione, suche i szczęśliwe.