KWMS

 

 

1. Killed

 

       — Człowieku, uspokój się wreszcie! Opowiedz wszystko od początku do końca. Pamiętaj, każdy szczegół jest dla nas ważny — siwiejący mężczyzna w znoszonej stalowoszarej marynarce opierał się obiema rękami o blat. W zewnętrzną kieszeń na piersi zatknięty był identyfikator z napisem informującym, że rozmówca ma do czynienia z inspektorem policji, Garym Collinsem. — Wszystko w porządku? Spróbuj jeszcze raz.

       Facet siedzący na krześle po przeciwnej stronie biurka ukrywał twarz w dłoniach. Miał na sobie skórzaną kurtkę i nowe niebieskie jeansy. Obie te części garderoby oraz biały T-shirt naznaczone były czerwonymi plamami. Jego ciałem wstrząsały spazmy. Rozsunął ręce na boki, tym razem zakrywając uszy i kark. Czarne, przydługawe włosy były pozlepiane w mokre strąki.

       — Nie wiem, kurwa — głos załamywał mu się, niemal łkał. — Nie wiem. On tam po prostu wszedł, wycelował i strzelił!

       — Jak to było? Opowiedz to, człowieku. Nie mamy czasu!

       — Nie wiem! Siedzieliśmy ze Stevem przy barze, właśnie coś mi opowiadał...

 

*   *   *

 

Gwar.

       — Więc, gdzie ją poznałeś, Steve?

       — Nie uwierzysz. W sklepie motoryzacyjnym.

       — Jak?

       — Po prostu. Kupowałem świecę do skutera Billa, kiedy trąciła mnie w ramię i stwierdziła, że te świece są "do dupy". Do dupy, tak właśnie powiedziała. No to spytałem, co proponuje, a ona na to, że "jakaśtam" firma wypuściła nowy model, który jest naprawdę "wyjebisty". Nie patrz się tak, to też jej słowa.

       — Chyba nie należy do panienek z dobrego domu...

       — Nieważne. W każdym razie, jak wychodziliśmy powiedziałem, że musi się znać na motorach i w ogóle. Potwierdziła i spytała o "moją maszynę". Odparłem, że to dla syna, no i tak się zaczęła cała rozmowa. Ani się obejrzałem, a już wiozła mnie na jakimś diabelstwie. A potem, to już wiesz...

       — Bill o tym wie?

       — Wie? Stary, mało powiedziane! On robi wszystko, żeby z nami została! Po tym, jak "podrasowała" mu silnik, traktuje ją jak najlepszą kumpelę.

       — Zamieszkała z wami?

       — Nie, ale często u nas nocuje. Mówi, że musi załatwić jeszcze parę spraw i dopiero wtedy... O kurwa!

       Drzwi. Światło dnia. Sylwetka. Błysk stali.

       Strzał.

 

*   *   *

 

       — Panie Zetti, jak on wyglądał? — inspektor usiadł w wygodnym, skórzanym fotelu i zapalił papierosa.

       Ian Zetti wsparł się łokciami na blacie i oparł głowę na zaciśniętych pięściach.

       — Nie wiem... Średniego wzrostu, raczej szczupły, ale nie chudy... Miał chyba czarne okulary...

       — To wszystko? Jakie miał ubranie?

       — Nie wiem... Światło było za nim, widziałem tylko zarys... Ale to nie był garnitur, może coś sportowego...

       — Dziękuję. Skąd pan znał Steve'a Kosinsky?

       — Co?

       — Skąd pan znał Steve'a Kosinsky?

       — Wychowaliśmy się na jednej ulicy, ale nie rozumiem...

       — To już rutynowe pytania. Czym się pan zajmuje?

       — Jestem technikiem elektronikiem w małej firmie.

       — Steve Kosinsky był urzędnikiem, czy łączyły was jakieś sprawy służbowe?

       — Nie...

 

2. Wounded

 

       — Pana nazwisko? — inspektor Collins opierał się o biurko z rękami skrzyżowanymi na piersi.

       — Keitel. Bob Keitel — na krześle siedział tłusty, niski człowiek w białej koszuli i ciemnych spodniach. Okulary w grubej, czarnej oprawie krzywo siedziały na pulchnym nosie. Jego twarz i łysina lśniły od potu. Prawa ręka była unieruchomiona na temblaku.

       — Pan jest właścicielem pubu "Paradise"?

       — Tak.

       — Proszę mi opowiedzieć, co tam się stało.

       — Mogę zapalić papierosa?

       — Tak, oczywiście.

       Keitel drżącą ręką włożył sobie w usta camela. Po przypaleniu go przez inspektora zaciągnął się nerwowo.

       — Było około drugiej po południu. Lokal prawie pusty. Przy barze siedziało dwóch stałych bywalców: Ian i ten drugi, nie pamiętam imienia...

       — Steve?

       — Tak, chyba tak... Trzech innych gości siedziało przy stoliku w rogu. Wycierałem kontuar, kiedy usłyszałem dzwonek — znaczy, ktoś wchodził. Przeczucie, nie wiem, może jakiś zmysł - pracuję tam od siedmiu lat — sięgnąłem po śrutówkę, mam ją pod ladą, zawsze pod ręką. Zanim ją chwyciłem, usłyszałem huk wystrzału. Ten... Steve... zniknął... nie widziałem go już, jak podniosłem głowę... Ian był cały we krwi, ale nie zwróciłem na to uwagi. Wymierzyłem do faceta, ale on już miał mnie na muszce. Trafił mnie w ramię.

       — Jak wyglądał?

       — Dobrze zbudowany mężczyzna średniego wzrostu, krótko ostrzyżony blondyn, ciemne kanciaste okulary. Nomad. Skórzane ubranie, wysokie buty...

       — Zauważył pan może z jakiego stada?

       — Tak, przyjrzałem się jak wychodził. "Gummibears".

       — Świetnie, nareszcie wiem, na czym stoimy. Jaką miał broń?

       — Dwururka. Chyba obrzyn. Na palcu miał złoty sygnet, w uchu podłużny kolczyk.

       — Dużo pan zdążył zauważyć. Ile to wszystko trwało?

       — Chwilę: wszedł strzelił do... Steve'a, potem do mnie, rozejrzał się i wyszedł. Chyba nie chciał mnie zabić, to musiały być jakieś porachunki. Gdybym wiedział, że nie chodzi mu o kasę, w ogóle nie sięgałbym po broń.

       — Tak... To na razie wszystko. Jeśli będą nam potrzebne dodatkowe informacje, skontaktujemy się z panem. Jeszcze jedno... Rozumiem, że go pan rozpozna. Czy jest pan gotów zeznawać w sądzie?

       — Tak.

       — Szczerze mówiąc, spodziewałem się oporów.

       — To było morderstwo. Poza tym znam Iana, a Steve nie mógł być złym człowiekiem. Czasem zamieniliśmy ze sobą parę słów i wyglądał na równego gościa...

 

3. Missing

 

16 lutego 2020, godz. 14:45. Obóz nomadów "Gummibears", 14 km NNE od Los Angeles. Przyczepa Franco ‘Małego’ Grizzione. Zebranie "czerwone". Obecni: padre Franco Grizzione, technik medyczny Philip Dupree, Leo Hymie.

 

Potężnie zbudowany padre Franco siedział za stołem podpierając brodę rękami. Naprzeciw niego siedział Leo. Phil stał w rogu opierając się o ścianę. Padre odezwał się, nie podnosząc głowy:

       — Jak to było, Leo?

       — Linda... — na moment zamknął oczy. Przełknął ślinę. — ... zdradziła go.

       — Zabił ją?

       — Nie... nigdy...

       — I nie wiesz, gdzie ona jest?

       — Nie.

       — A Martin?

       — Też nie.

       — W porządku. Mów dalej.

       — Przed południem pojechała do niego, śledziliśmy ją. Mówiła, że jedzie do sklepu. Widział to... w podczerwieni... Wszystko... Potem odjechała. Kwadrans później facet wyszedł i wsiadł do taksówki. Jechaliśmy za nim.

       Phil podniósł głowę.

       — Jesteś pewien, że to ten? — spytał.

       — Tak. Oprócz nich w domu był tylko pies. Martin nie zastanawiał się długo. Facet wysiadł przed pubem...

       — "Paradise"? — przerwał Franco.

       — Tak. Martin wszedł dziesięć minut po nim. Usłyszałem dwa strzały. Potem wyszedł. Dał mi gnata, powiedział, żebym się nim zaopiekował. Potem się rozjechaliśmy.

       — Ktoś cię widział?

       — Przechodnie, może ktoś z budynku. Ale byłem w kasku.

       — Dobrze. Na pewno ci nie mówił dokąd jedzie?

       — Nie.

       Franco gwałtownie wstał. Odepchnięte krzesło uderzyło o ścianę i przewróciło się na bok.

       — A co mówił? Kurwa, Leo, nie mamy czasu! Chociaż raz rozmawiaj normalnie, a nie półsłówkami!

       — Jasne, Frank. Mówił, że da sobie radę i nie chce narażać stada. Jeszcze go w takim stanie nie widziałem, ale wiedział, co robi i składnie myślał.

       — Składnie myślał?! I dlatego zdjął kask?! Jego pieprzony pysk zdobi już wszystkie wiadomości!

       — Widocznie tak chciał.

       — Dobra, nieważne. A teraz mów po jakiego chuja ty się w to pakowałeś.

       — Poprosił mnie.

       Franco podniósł z podłogi krzesło i z powrotem postawił je przy stole. Oparł się rękami o oparcie.

       — Rozumiem, Leo. Martin był twoim przyjacielem...

       — Jest!

       — ...Jest twoim przyjacielem. Linda się puściła, więc miał powód, żeby się wkurwić. Ale ty powinieneś pomyśleć za niego, a ja powinienem, kurwa, o wszystkim wiedzieć!

       Leo podrapał się po głowie. Padre ciągnął dalej:

       — Masz spluwę Martina?

       — Tak.

       — I co zamierzasz z nią zrobić, jeśli mogę cię spytać o tak nieistotny szczegół?

       Phil zapalił papierosa. Sarkazm w ustach padre był pierwszym ostrzeżeniem.

       — Zatrzymać.

       Franco usiadł.

       — A może od razu pójdziesz na policję? Daj mi dwururkę.

       — Nie.

       — Leo, kurwa, daj mi dwururkę — Franco przechylił się nad stołem. Mówił przez zęby. To zazwyczaj było drugim ostrzeżeniem.

Leo również przechylił się nad stołem.

       — Frank, kurwa, nie dam ci dwururki — cedził słowa w identyczny sposób. Phil podszedł i popchnął go na oparcie.

       — Spokojnie, Leo — następnie zwrócił się do Franco. — Frank, przestań. Zachowujecie się jak dzieciaki, a gliny zaraz tu będą. Leo, masz gdzie ukryć broń?

       — Tak.

       — Gdzie? — wtrącił Franco łagodniejszym tonem.

       — Wkomponuję ją w maszynę.

       — W porządku — ciągnął Phil. — Chippy wprowadzi do policyjnej bazy danych nazwisko dodatkowego misia. Nieistniejącego, rzecz jasna. To będzie ten, który towarzyszył Martinowi. Kasku Leo nikt nie rozpozna, motoru też. Aby znaleźć dwururkę, policja musiałaby rozkręcić maszyny, a tego nie zrobią. Co ty na to, Frank?

       — Idź do Chippiego i powiedz mu, co ma robić. Leo, chcę widzieć... Nie, kurwa, nie chcę widzieć tej dwururki. Obejrzę twoją maszynę przez dziesięć sekund. Jeśli zauważę broń, dostaniesz po dupie. Z pałami rozmawiam tylko ja. Wszystko.

       — A Linda? — Leo podniósł głowę.

       — A gówno mnie ona obchodzi!

       — Należy do stada.

       — Zdradziła stado. Gdyby po prostu odeszła — od Martina i od nas — nie mielibyśmy glin na karku.

       — Myślisz, że pozwoliłby jej odejść?

       — Dobra, kurwa, jeśli się tu pojawi, ma być u mnie. Wszystko?

       — Tak, Frank. Wszystko.

 

4. Sick

 

Martin leżał zwinięty na zawszawionym łóżku przydrożnego moteliku. Czuł brud na swojej duszy. Tak bardzo chciał teraz płakać, rozbeczeć się jak dziecko. Choć wiedział doskonale, że łzy dawno już straciły swą oczyszczającą moc.

       Pamiętał wpis z jakiegoś pamiętnika: "Co to jest miłość? — Swędzące serce, którego nie można podrapać". I nie mógł.

 


Góra strony