OSTATNI Z KOMARÓW
Bazyli, leżąc na wznak z rękami pod głową, bezmyślnie obserwował
rosę zbierającą się na źdźble ponad nim. Czuł, że nadchodzi jego czas i chyba
z tego powodu ogarniała go odbierająca siły życiowe żałość. Spuścił
powieki. Spojrzał w przeszłość.
Nie przegrał swojego istnienia. Tak się złożyło, że zasady, które
mu wpojono doskonale dopełniały się z jego osobowością, więc jego działania
łączyły w jego przekonaniu przyjemne z pożytecznym. Kiedyś często wyobrażał
sobie ten moment i pragnął, by móc wtedy powiedzieć: „było warto”.
— Było warto — wyszeptał i uśmiechnął się do siebie. A może do
swoich wspomnień...
Widział beztroskie figle młodości, trudne czasy nauki uwieńczone
wtajemniczeniem, błogie chwile spędzone z Marceliną. Ech, Marcelina...
Nie bał się. Ani nie rozpaczał. Wiedział, że natura jest naturą,
prawo — prawem. Drażniło go tylko to oczekiwanie w marazmie. Przyjaciele mieli
rację twierdząc, że niespokojna z niego dusza.
Podniósł się wolno, strząsnął z siebie drobiny kurzu. Mógł znieść
wszystko, ale nie bezczynność. Rozruszał skrzydła i wzbił się w powietrze.
Rzewnie pobzykując ruszył na północ.
Podróżował od zmierzchu do świtu, starając się przesypiać dni.
W upały szukał ulgi w cieniu, zimne noce spędzał przy ciepłych źródłach
światła, nierzadko wśród ludzi. Nie ujawniał się. Parł poprzez burze
i naprzeciw zawiejom, pokonywał niezmierzone nadwodne przestrzenie
i zieleniące się jeszcze łąki i lasy. Nauczył się nie myśleć. Nauczył się
żyć kontemplacją.
Mijał kolejny wieczór. Znużony Bazyli przysiadł na gałęzi. Jak
długo jeszcze? Jaką odległość przyjdzie mu przebyć, zanim osiągnie to na co
czeka? Popatrzył przed siebie. I wtedy uszedł cały ten senny nastrój. W jednej
chwili wezbrała w nim złość.
Na parkowej ławce siedziało dwoje młodych ludzi. A dookoła nich
latał komar, nawet nie próbując ukryć swoich ohydnych zamiarów.
Bazyli odzyskał siły. Sprężystym lotem pomknął w stronę ławki.
— Nie waż się, niegodziwcze — Bazyli nawet nie musiał tego
wymówić. Słysząc bzyczenie jego skrzydeł, komar, który właśnie szykował się, by
wbić igłę w odsłonięte przedramię dziewczyny, odwrócił się gwałtownie.
— Bazyli — warknął. — Znowu wchodzisz mi w drogę...
— Adrian... — kłujka Bazylego automatycznie się wyprostowała. —
Mogłem się domyślić. Zawsze byłeś na bakier z Kodeksem.
— Nie pieprz, Bazyli — Adrian był już w powietrzu i krążyli teraz
wokół siebie. — Gdzieś mam Kodeks, tu idzie o życie, rozumiesz?
Bazyli zmiażdżył go wzrokiem. Adrian uśmiechnął się szyderczo
i dodał:
— Na pewno rozumiesz. Przecież nie jesteś takim świętoszkiem, za
jakiego cię wszyscy uważali, prawda Bazyli?
Bazyli zacisnął pięści. Wysyczał:
— Paragraf czternasty, punkt drugi Kodeksu: „Kiedy czas
nadchodzi, niech jaskółka złapie komara, który...”
Nie zdążył dokończyć. Podczas, gdy ostatkiem woli opanował się,
aby zgodnie z Kodeksem wycedzić Adrianowi Zasadę, ten zdradziecko zaatakował.
Sfingował cios pięścią, a kiedy Bazyli odruchowo próbował się odchylić, kopnął
go z całej siły w korpus. Bazyli zgiął się wpół. W tej pozycji zastał go cios w
kark. Zbiło go do ziemi. Instynktownie odturlał się na lewo i w ten sposób
uratował życie. Kłujka Adriana zaryła w ziemię. Bazyli nie miał siły na atak.
Zebrał się w sobie. Uklęknął, potem powoli się wyprostował. Naprzeciw niego
stał już Adrian z pogiętą kłujką i zakrwawionym nosem.
— Naiwny dupku — wycharczał i rzucił się na Bazylego z pięściami.
Ten, przygotowany, zrobił skuteczny unik i wbił łokieć w bok przeciwnika.
Adrian padł na ziemię, nie mógł złapać tchu, dusił się. Bazyli wolno podszedł
rozcierając brzuch.
— Wstawaj. Jeszcze nigdy nie kopnąłem leżącego.
Spojrzenie wciąż dławiącego się Adriana wyrażało pogardę. Bazyli
chwycił go za barki z zamiarem postawienia na nogach. W tym momencie otrzymał
cios głową. Pociemniało mu w oczach.
Adrian wytężył się i podniósł z ziemi głaz. Słaniał się na
nogach. Stanął nad Bazylim, który trzymał się za twarz. Z szaleńczym błyskiem w
oku dyszał:
— Jak chcesz... to zdychaj... Nawet... ci to uła... twię...
Ale... wara ode mnie... Ja... chcę żyć... rozumiesz?... Wara...
Nagle runął na wznak zwalony kopniakiem pod kolano. Seria
następnych posypała się na pierś i twarz. Bazyli walił jak w amoku. Kiedy
skończył, Adrian nie ruszał się.
Usiadł na ziemi, z wolna przychodził do siebie. Odzyskawszy
trochę energii, pochylił się nad Adrianem. Jeszcze oddychał. Wziął go na plecy
i rozruszał skrzydła. Nie było źle. Latanie sprawiało mu trochę bólu, ale
nie było niemożliwe. Z drugim komarem na plecach wzleciał nad poziom trawy.
Ludzie nadal siedzieli na tej samej ławce. „Tak, dla was to chwila” — pomyślał.
Nagle coś poczuł. Wiedziony instynktem rzucił się w bok, ale
jakaś potężna siła pociągnęła go do góry. Nie, nie jego — Adriana, a jego razem
z nim. Skierował wzrok do góry. Chwyciły go mdłości: połowa Adriana tkwiła
w dziobie jaskółki.
Nie mając czasu do stracenia, Bazyli ostrożnie puścił resztki
Adriana i niepostrzeżenie przeleciał pod ptakiem. Oglądając się co chwilę
oddalił się na bezpieczną odległość, po czym usiadł, by nieco odetchnąć.
Rozejrzał się. Siedział na ręce młodego mężczyzny. Z tej ławki. Zamknął oczy
w oczekiwaniu na miażdżący raz. Czekał. I czekał. I nic. Podniósł powieki.
Człowiek patrzył się na niego, jakby też czegoś wyczekiwał. W jego źrenicach
nie było wrogości, ani nienawiści. Bazyli zrozumiał.
Człowiek proponował mu życie. Wzruszenie chwyciło go za gardło.
Wystarczyło zagłębić igłę i wyssać trochę, niedużo nawet, świeżej krwi. Komar
zwiesił głowę.
Po chwili uniósł ją, pokręcił odmownie, wzbił się w powietrze i cicho bzycząc poleciał na północ.