KAMIKAZE (2000-2001)
1.
Słyszę
2.
Rzeka
3.
Srebrniki
4.
Kruki
5.
Kamikaze
6.
24 XII 1999
7.
Siostry
8.
Taniec
9.
Ofiara
10.
Zegarmistrza!
12.
Kalendarz
15.
Do ...
16.
Teatr
17.
Szarość
18.
Wolna-m?
20.
Kameleon
21.
Ćma
22.
Szyba
23.
Kamień
24.
Śmietnik
25.
Fizyczna
26.
My
27.
Cokół
28.
La Gioconda
29.
Obojętność
30.
Zamek
słyszę
tykanie
to moja
głowa
tak nocy
ciemnej i błysku się domaga
układam
puzzle
tak moje
ręce
żądają
zajęcia i zmiany
nagle
eksplozja
rozsypany
obraz
uciekłam
jak rzeka pod lodem
skuta rzeczywistości chłodem
czekam na nieśmiertelności kęs
na rewolucję lub pierwszy wiosny dzień
czekam na myśli odbicie
niewyraźne słowa o życiu
jak na zaklęcie otwierające skarbiec
z wielką niewiadomą zawartości, lecz
wątło brzmiącą obietnicą tej prawdy —
że warto
za grosz
sprzedałeś mi swoje marzenia
na swoje
już dzisiaj nie mogę ich zmienić
tę
pustkę wypełniły życzenia poczciwe
tak
dobre, tak proste — że aż mnie to dziwi
jak
łatwo talizmany się z błotem mieszają
wśród
gruzów świątyni już nie zamieszkanej
przez
bóstwo, wyznawców, kapłana i kruki
rozdziobany
ołtarz porzuconej nauki
teraz
moje zaczynam tutaj panowanie
rumowisko
— od dziś chroni mój magiczny taniec
nowe
głosy i myśli słyszę — i za nimi idę —
poranione
stopy na cierniskach szyderstw
Jak czarne kwiaty
Na drzewach zakwitły
Zimowe kruki
Zaśnieżone czarne ptaki
W ziemi szukają — dziobiąc —
Przetrwania
Nienaturalna biel i czerń
Przyrody
Do niekonwencjonalności
Namawia
Jutro list do ciebie napiszę
Śniegiem i piórem kruka
Mroźnymi literami słowa gorące
Rozpływające się w oczach
Opowiem o śliskich ścieżkach
Wiodących prosto do ciebie
O uciekaniu pod górę
O wsłuchiwaniu się w wiatr
A wtedy w tle usłyszysz szum skrzydeł
Wyjrzyj przez okno, bo może tam stoję —
Jeżeli napiszę, jeśli choć krok zrobię
takiego
użyli dla mnie imienia
dyskusje
toczyli, mądrości płodzili,
że
smutek, że wierność,
że
bohater, że tragedia
...gdy
ja...
już
biała szata z płótna świetnego,
i czoło
przyzdobione,
i barwy
na twarzy,
i jestem
gotowa do skoku jednego,
do walki
i zguby,
do kroku
w niepamięć.
a celem
ty
jesteś
(T. Beksińskiemu post mortem)
gdy właśnie się pławiłam w ukropie miłości
ty mury krypty wzmacniałeś po kryjomu w ciemnościach
to śniegu biel jak amnezji ulga
rzuciła mi zasłonę na świata cierpienie
idealne się wydało to, co brudne i smutne
gdy ty na tym śniegu krwią pisałeś wiersze
o tym, że czasem nawet słowa nie mówią
o tym, że zamazują prawdy objawienie
i o tym, że trudno, że przeszłość nie wróci
i o pędzie w nicość na karku złamanie
a świecy blask łzami wypełniał mi oczy
gdyś ty, spowity w wieczność, dostojnie żeś kroczył
do kręgu tych wielkich, tak bardzo nieobecnych
głuche milczenie zostało
i do dziś mnie męczy...
Śpią w
szufladkach królewny
Najświeższym
snem
Tak
bardzo zaszklone.
A każda
ich szata
W inną
ucieka stronę.
Szufladki
niewygodą
Torturę
zadają
Lecz tam
jest bezpiecznie
Stąd nie
uciekają.
Wtłoczone
przez króla
Królową,
poddanych
Do
pudełka zapałek —
Firmowo
podpisane.
Aby było
wiadomo, jaka
Która od
maleńkości
I tak
królewna MĄDRA
Śpi koło
PIĘKNOŚCI.
taniec gołębi
nad rynkiem kamiennym
sukni ich szarej
szelest strojności
wiruje i w locie
szepce zawiłości
i walc ten szalony
zakręcił nas wszystkich
i rzucił w ramiona
nas sobie nie bliskich
gdy przestał — aż trudno
było wstać ze zdziwienia
w pamięci nie znalazłam
dla ciebie imienia
Ofiara,
męczennik, bohater —
wśród
celów wyższych rozkwitasz
twoich sińców
wielbiona grafika
i
policzek drugi nadstawiasz
Tak
dumny ze swoich boleści
budujesz
ten pomnik sam sobie
w imię
wzniosłych parszywych tradycji
Zniesiesz
trudy, nieszczęścia, chorobę
Spuchnięty
i obolały
Okaleczony
złym słowem
Cios z
uśmiechem zadajesz następny
Moją
ręką — sobie.
było ciemno
podałam ci rękę
więcej grzechów nie pamiętam
zamuruję oczy
i kłamliwe usta
już nie wyznam, że kocham
miłość odeszła
przeleciała przez palce
jak czas przez wskazówki
starego zegara
serce już godzin tęsknoty
nie odmierza
podzielę
się z tobą odkryciem
ukrytym
pod maską pustości
po
kruchym lodzie sukcesu
pełznę
jak szczur
i ślepą
wiarą gryzonia
w
mieliznę wierzę
gdy
kiedyś pęknie
jak
złamane serce
w
odmętach ciemności
szukam
nowego imienia
dla
siebie
stare za
ciasne
i
wreszcie odkryłam
co spać
mi nie daje
ten
robak wewnętrzny
co
radość mi psuje
gdy rano
maluję
twarz
swoją w lustrze
chciałabym
krzyknąć — EUREKA!
odkrycie
tak straszne
jak
wyspa wulkanów
ziejąca
ogniem prawdy
już nie
chcę tej duszy
trzynastego w piątek przyszła
miłość — życia mego
w piątek dwudziestego
życie odeszło
miłość została
już nie ma mnie
jesteśmy 'my'
gdy wszystko się skończy
zostaniesz sam 'ty'
nie mam imienia
śladów na piasku
szminki na szkle
dopóki kocham
uleczę
zegary,
bo o
litość proszą
zmęczone
noszeniem
worków
pełnych godzin
zadam im
szaleju
by na
wieki ucichły
nie
hałasowały
pod
oknami zmęczonych
skrzywdzę
też klepsydry
morzem
zmyję piasek
nie
będzie szalony
dążył
jak najgłębiej
zatopię
oceanem
pustynię
wszechczasu
w wodzie
łatwiej
niźli w
czasie
wstecz
popłynąć
jestem matematyką,
fizyką i chemią,
jak cały świat i tylko ja.
zbiorem liczb różnych
na każdą okazję,
numerem w dzienniku Boga i twoim telefonie,
elektronicznym rekordem
w bazie danych przyjaciół,
serią i cyferkami w dowodzie —
równie osobistym, jak autostrada donikąd,
kolekcją atomów, reakcji syntezy
oraz całym mnóstwem wektorów.
a jednak marzę...
Odejdź
ode mnie
Słów
słodkich zaprzestań
Tak
gorzkie napoje
Serwuje
mi życie
Odejdź
od okna
I odsłoń
zasłony
W
ciemności tak dziwne
Myśli
się lęgną
Odłóż te
kartki
I wyrzuć
pióro
Dziś
słowa mądre
W głowie
nie powstaną
Odejdź-że
paskudo,
Co
demonami straszysz
I obrazy
magiczne
W oczach
mi zaprószasz
Zniknij
już dzisiaj
Bo
porzucić nie mogę
Pisania,
pisania,
Pisania
--
Zaśnij-że
szybko
Muzo
pijana
TEATR
makijaż jak woda spływa
maska nagle upada
wodospad nadziei
pustkami straszy
zaschnięte błoto
oceanu szczęścia
ten uśmiech trwa jak tarcza
przed waszymi pytaniami
wolisz wciąż promienieć
niż prawdę wykrzyczeć
nie pytaj mnie o słowa
których znasz znaczenie
gdy już wszystkie zrozumiem
ty pierwszy się dowiesz
tak milcząc pozostanę
oświetlę cieniom drogę
do tej dalekiej krainy
mapa w księdze pamięci
dziś smutek i deszcz
pod rękę idą nocą
i tylko ja w teatrze
publiczność znów ta sama
na bis się znów uśmiecham
i dalej jej nie znoszę
a może scenę spalę
ucieknę o poranku
a może mi pomożesz
poszarzały
zwykły człowiek
po książęcym
trakcie
w mrok
powoli kroczy
zasnuty
dnia siwizną
w
bezbarwne patrzy niebo,
gdzie
nawet na błękit nadziei brakuje
porażony
wielkością
dziedzińca
i historii
ostrożnie
stąpa nie chcąc
pobudzić
demonów
tęczy
pomieszaniem szarość twarzy ciąży
a sny
kolorowe
mu się
nie ziszczają
ten
zwykły człowiek
jest we
mnie i w tobie
na
zewnątrz szara
i barwna
w środku
zaklęty
motyl
w garści
popiołu
rozbij
mnie
jak kota do krzesła
z przywiązanym ogonem
zostawiasz mnie, myśląc
'daleko nie uciekniesz'
jak rybę w akwarium
trzymasz mnie, udając,
że w tym akwarium wolna-m
niby w oceanie
w niebo zachmurzone
gołębiem wzlecieć pragnę —
tyle razy poranione
skrzydła o siatkę ptaszarni
niewidoczną smyczą,
kajdanami uziemiona
przecież jeśli zechcę,
na zawsze zostanę
gościńca
kurz
zamglone
słońce
ciszą
znużony drogowskaz
noga za
nogą
niewygodne
życie
jednostajny
horyzont
czarna
przepaść rozdroży
kusi,
zjawy podsuwa
wabi
marzeń ziszczeniem
w dali
za murem mgły szukam świtu
chcę
przed sobą zobaczyć brzask jutra
aby dziś
już kierunek móc wybrać
im
mocniej tam się wpatruję,
tym
mniej w ciemnościach się jawi —
dym
gryzący proroctwa wciąż broni
stojąc w
tym miejscu powoli ginę
w
towarzystwie innych szkieletów niezdecydowanych,
którzy
wolną śmierć ponad ogień wybrali
czas
ciągle popycha mnie w otchłań
decyzji
głupich, lecz śmiałych,
karty
rzucone — nie wygram rozdania
wczoraj
pytałam i siebie, i ciebie,
tylko
echo mi wciąż odpowiada,
śmiejąc
się drwiącym chichotem wariata
długo tu
pod tym drzewem zabawię,
szukając
wyjścia z formuły zawiłej,
nie
szukam pomocy i nie chcę litości.
zniknę
nagle
deszcz
moje ślady sam zmyje
gdy wybucha śniegiem zima
czarno-biały widzę świat
fioletowym lodem lśniące rzek pancerze
ja tam wciąż się ślizgam po pamięci lodzie
kiedy lato eksploduje skwarem
czerwień ostre łuki swe buduje
ciepłym deszczem oszukuje
dręczące pragnienie
schowaj mnie przed światem
jak kameleona przed tęczy strzałami
zasłoń czerni niepokojem
szarością zadumy
abym tą szlachetnością
niby tarczą się zakryła
mono-chroma-n-tyczna
zamykam drzwi ciężkie
do świata nijakości
gdzie rodzą się cienie
i tańczą na linie
zwyczajnością zwanej
i choć czasem te wrota
palce przytrzaskują zręcznie
ja uciekam jak czas —
słodko i bezdźwięcznie
czekając na słońca zagasłe oblicze
dziś szaro wszystko widzę
i tylko to się liczy
pragnąc
bezustannie ciepłego, choć krótkiego, słowa
jak ćma
krążyłam stale wokół świec mamidła,
parząc
skrzydła i odlatując tylko po to, na chwilę,
by
spróbować raz jeszcze,
z
jednakowym skutkiem.
dzisiaj
możesz obejrzeć mnie tylko z daleka,
wielka powódź
nastała, ogień martwy poległ,
wielka
zima zamknęła mnie w lodu krysztale
i tak
trwam już na wieczność zmrożona, ospała,
na
odwilż czekając, bez lęku, niespiesznie.
ty wciąż
palce swe ranisz kując lodu bryły,
ostrza
zimna i bólu przeszywają dłonie,
wiesz...
tak dobrze mi tutaj, w lodowcowej trumnie —
czy na
pewno musisz zakłócać mój spokój?
śnię
cicho i bezwietrznie słodki sen o wiośnie,
co
przyjdzie znienacka i w wieko zastuka,
tak, to
ona mnie uwolni z najgłębszego lodu,
i polecę
w wszechświat — ty mnie nie budź, proszę...
a w śnie
moim widzę,
że
wtedy...
znajdę
kolejny
ognia
skrawek
nietrwały---
drzewa dziś wzburzone bezczynnością nieba
przeciw wietrzysku unoszą liściaste swe pięści
oglądam ich siłę czerpaną wprost z ziemi
chyba muszę korzeni poszukać i dla siebie
dostojny stukot w przestrzeń zręcznie mnie unosi
zamknięta za szybą dal szarą oglądam —
to, czego nie słyszę i dotknąć nie mogę,
drzew nie ma — przede mną już tylko czerń miasta
w tych domach ktoś czeka, ktoś inny list pisze
schowany przede mną, przed chłodem tej szyby;
miasto odeszło, już wymazane z pamięci,
tylko pole i światła, jak krajobraz duszy
ktoś wysyła promienie swoich okien w noc,
jak ja myśli swoje w dal niezmierzoną,
w stronę fascynacji, której objąć nie umiem,
odkrytej późną nocą w ceglanej piwnicy
mrok otulił nasz stukot i obraz się chwieje,
za oknem świat znika, do własnych spraw odchodzi.
teraz już cicho, chcę wsłuchać się w siebie
i czyjś wykradziony smutny list miłosny...
spoglądasz
z okien
na
cmentarzysko swej wiary
ludzie
czczą kamienie, w które
zaklęto
ich bliskich.
tych
świateł i kwiatów
już im
do życia nie trzeba —
przed
gorzkimi myślami
chroni
ich tarcza z marmuru,
złote
litery zastępują twarze;
chłodu
tych głazów
nie
sposób przełamać,
po co
więc czytać nagrobkowe poematy?
dwie
daty i imiona,
płaska
płyta jak ciało bezkształtne,
kiedy
dusze wędrują
potępione
po świecie.
gdy w
pamięci swej cmentarz
jak
ogród uprawiasz z wyczuciem,
kwitnie
i zaprasza do wizyt codziennych;
w twojej
głowie mieszkają
wielcy i
przeciętni —
ale żywi
ludzie.
kiedy
tam wyruszę
po
prostu pamiętaj
nie oglądaj
kamienia,
to nie
ja jestem przecież,
poszukaj
w pamięci
paru
wierszy, zziębniętych rąk na ławce,
kilku
listów niejasnych
i innych
fotografii
zrobionych
twoimi oczami,
a i wtedy tu przybędę
i się
uśmiechnę...
od dzisiaj porządki w swojej głowie robię,
zbieram śmieci tam nagromadzone,
i składam na boku, by nie zawadzały —
jego gorzkie słowa, godziny milczenia,
moje chore myśli, ich zatrute monologi,
czyjąś niepotrzebną gorycz, różne inne graty
a gdy góra się uzbiera, aż do chmurzysk sięgnie
ciemną nocą zniosę to wszystko na pola,
wonią zeschłych liści upoję się mocno
jesienią tego roku wieku najpierwszego
wokół ognia zatańczę paląc suche liście
i listy nie wysłane, otwierane z bólem —
a gdy ogień się wypali — w popiele dom zbuduję.
szarością i zapachem dymu duszącego
jak szamanka okadzę rany w moim życiu
i zacznę od nowa
śmietnisko budować
zmieniamy
się tak bardzo
tak ty i
ja jednako —
ciągłe
zmiany na Inne,
a nie na
Lepsze i Gorsze,
w
powietrzu sennie krążą
i ja
jastrzębie spadają
ponad
gniazdami jaskółek
dziś
wielki kamień serca nasze
niby
nagrobek przygniata
nie trać
sił i nadziei podnosząc go,
przekop
się bokiem do światła
tak
dzisiaj wciąż zaplątana
w
wodorosty swoich marzeń
szukasz
tej lampy, co może
głębiny
myśli rozjaśnić
tę biel,
co chcesz w sobie odkryć,
splamiona
przez ciemność twej duszy
zauważ
wreszcie te barwy,
co
śniegu nazwę nadają
posłuchaj
w sobie głosu,
co jasno
dźwięczy nad światem,
a może
znajdziesz w nim siebie —
dla
siebie, dla mnie, dla niego,
i
słowa te, których wcześniej
nie
mogłaś odnaleźć w mroku
nazwij
to, czego pragniesz,
choć
tego pojąć nie możesz,
wypłyń
na morza bezkresy
i żegluj
a potem
zacumuj u brzegów
tych
ramion przepastnych w czułości
lub
odpłyń daleko, najdalej,
choć tak
wcale nie będzie najprościej...
Biała jaszczurka dłoni
Przez twoich włosów
Gąszcz starego złota
Przetykanego słońcem
Zręcznie dokądś zmyka
Poplątane palce---
(Moje-twoje-czyje?)
Gdy świeca dziś łzy gorące
Nam mocno splątanym dedykuje
Tak wzlatujemy nad światem
W szaleństwie i namiętności
Dawniej dla siebie jak płaskie litery
Dziś krajobraz górzysty bliskości
Tak stoisz rozwiewany przez
wiatr, a twoje skrzydła szumią,
bo same chcą wzlecieć jeszcze
wyżej, na ile twoja wielkość pozwoli.
Twoje szaty szarpie burza,
jak z wierzchowcem narowistym z nią walczyć
pragniesz, to wyzwanie ci
postawiono — i tego sam też chcesz.
Na głowę ci włożyli
ciernisty diadem szczęścia — byś nie zapomniał, że złoto
nie dla ciebie. Ten
królewski orszak, który widzisz w dole za władcę cię nie uzna,
choćbyś czekał wieki. I
stoisz na cokole — tak wielki, tak bosy, odkąd w chwili nieuwagi
ukradli ci buty — i teraz
chłostają obmowy rózgami. Ten monument się kruszy —
lecz ty patrzysz w horyzont
— tam szukasz snów swoich i usprawiedliwienia. Twoją domeną
i przekleństwem są myśli —
taki bezproduktywny pomnik, anty-przykład dla tych
pod tobą, niezrozumiany i
lżony, niezmierzony i obcy. Podasz rękę nizinom — ściągną
cię i zdepczą. Chybotliwa
twoja wielkość z odpadającą farbą sumienia.
Jak akrobata trenujesz uniki
i przemowy — lecz mówisz do stada wilków, czekających
z błyskiem w oku na ofiarę
ciała. Duszy nigdy nie poddasz. I stoisz, ty — wielki,
bezimiennie genialny. Kiedyś
w dół cię ściągną — lub sam skoczysz obolały.
Wiem, o czym myśli Gioconda.
Wiem, że powłoka jej szczęście udaje.
Ten uśmiech — to jak bilet w
nieznane, jak świadomość, gdzie jest
wyjście awaryjne, gdzie ten
czerwony guzik, co potrafi na zawołanie
wstrząsnąć najdalszymi
krańcami ziemi. Niezmiennie szczęśliwa
jest Gioconda — cokolwiek
się działo wokoło, przetrwała i wojny,
i powodzie, złośliwość
krytyków, i robaczywe ramy. I wie ona,
że to tylko na zewnątrz, że
ta brama w nicość jest ciągle otwarta,
że klucz ściska w ręku.
Tak myśli Gioconda. I
uśmiechu nie zmienia, choć z bliska
i z daleka próbują po nią
sięgać, na własność ją zatrzymać
i w ramach zostawić.
Wiem, o czym myśli Gioconda.
Widziałam ją w lustrze.
Kiedyś byłam Twoim kotem,
Mrucząc witałam Cię radośnie, Twoje kroki oznaczały tyle, co dobra wiadomość —
Twoje przybycie. Wchodziłam w Twój świat, mój też był Twoim — kochając Cię aż
do bólu, z rozkoszą łączyłam dwie odległe galaktyki — tę dziwnie człowieczą
Twoją i moje niezależne kocie sprawy. Tak bardzo wiele umiałam wtedy poświęcić
Tobie.
Teraz jestem szczurem. Kryję
się przed Tobą w najdalszych zakątkach. Nie boję się, ale żadna to przyjemność
widzieć w Twoim wzroku tę rosnącą niechęć. To nie moja szczurza
powierzchowność, która Tobą kieruje — to ta całkowita odmienność, której nie
jesteśmy w stanie pojąć i zrozumieć siebie nawzajem.
Jesteś mi obojętny — nie
chcę już znać Twoich myśli, nawet jeśli dotyczą mnie samej. Mam swoje szczurze
sprawy, w które Cię nie wtajemniczam. Mój świat się kryje pod podłogą
wszechświata. Chcę przetrwać po swojemu, bez Twojej jałmużny i pomocy; nie
lubię światła dziennego, ani Twojej czasem natrętnej czułości. Może się ona
okazać bolesnym zaklęciem, które z powrotem zamieni mnie w mruczącego kociaka —
mojego wroga.
Wolę istnieć obok, niż
służalczo rezygnować z odrębności na rzecz posłusznego mruczenia. Będę się
przed tym bronić, choćby miało to oznaczać koniec — spokoju, wolności,
istnienia.
Już wolę swoją wyniosłą
obojętność.
Just leave me alone...
Płacz, dziecię burzy, płacz
tutaj śmiało. Niechaj łzy Twoje dziś tańczą z siostrami swemi — deszczu
kroplami, co rytm wystukują i skały niszczą. Niechaj łkanie Twoje zbudzi kwadraty
murów, co tylko fioletem koniczyny zamieszkałe. A wiatr niech łez nie suszy,
tylko do pracy zaprzęgnięty mury kamienne do samych chmur czarnych razem z Tobą
wznosi. A gdy już zamek stanie, Ty na wierzchowcu szalonym po szczytach baszt
jedź śmiało, a ponad wieżą stanąwszy w głębię kwiat biały rzuć niedbale, włos
rozpuść na wiatru niełaskę, zaś świat niechaj w poddaństwie na kolana przed
Tobą padnie i czoło pochyli.
A Ty wracaj do mnie, bo
zamek nie pusty. Zasiądźmy przy stole z kielichem pełnym mocy. A czas niech
płynie — wszak został za bramą i fosą odgrodzon. Nas tutaj nie sięgnie...