*   *   *

 

 

Chłopak zaczepił mnie na ulicy. Tak po prostu. Nie wiem, czy o jego wyborze decydowały jakieś konkretne kryteria, czy był to ślepy traf. Tak czy inaczej, padło na mnie.

— Pomoże mi pan? — spytał grzecznie. Wyglądał na siedemnaście, może osiemnaście lat. Był chudy, miał krótkie blond włosy i grube okulary na nosie.

— Jeśli tylko będę w stanie — odparłem. — Co mogę dla ciebie zrobić?

— Nie tutaj. Gdyby mógł pan pójść ze mną... To niedaleko... Proszę pana.

Zdziwiłem się, ale nie odczuwałem niepokoju, ani zagrożenia. Wyzierała z niego jakaś szczerość, uczciwość, może nawet dobroć, chociaż z tą jeszcze nigdy nie miałem do czynienia. Mimo to spytałem:

— A dokąd to?

— Do mnie, do mieszkania. Bardzo pana proszę.

— No to chodźmy — powiedziałem spokojnie. — Prowadź.

Szybkim krokiem ruszył do przodu, co chwilę oglądając się, czy aby podążam za nim. Chyba był spięty, ale nie zdenerwowany. Odniosłem wrażenie, jakby żył głębiej. Tak, dokładnie tak. Omiatał otoczenie nieobecnym spojrzeniem, miał na sobie tylko trampki, dżinsy i koszulkę, a zaczynało siąpić i wcale nie było za ciepło.

— Masz kłopoty?

Straciłem już nadzieję na odpowiedź, kiedy wyrzucił:

— W pewnym sensie.

Jakby złożenie tych trzech słów stanowiło dla niego sprawę wielkiej wagi. Jakby konsekwencje tych słów niosły ze sobą skutek dla całej ludzkości.

Z głównej ulicy skręciliśmy w prawo, potem kawałek prosto, minęliśmy dwie obskurne przecznice, przeszliśmy na drugą stronę i skręciliśmy w lewo. Dzielnica była odrażająca. Wyludniona i brudna. Bezchmurne szare niebo, zimny wiatr i padający coraz bardziej deszcz czyniły ją zapewne jeszcze gorszą, niż była w rzeczywistości.

— To tu — oszczędnym ruchem prawej ręki wskazał poniemiecką kamienicę. — Drugie piętro.

Kiedy wchodziliśmy po złowieszczo skrzypiących, starych schodach z mocno sfatygowanymi poręczami odstręczającymi od oparcia się na nich, po raz pierwszy tego dnia przeszedł mnie dreszcz.

Chłopak podszedł do drzwi, wyjął z kieszeni spodni klucze i drżącymi rękoma otworzył zamki. Nie musiał naciskać klamki, zauważyłem, że w ogóle nie było klamki. Drzwi wolno otworzyły się w naszą stronę. W mieszkaniu panował mrok, większy niż na klatce schodowej.

— Proszę, drzwi na lewo — znowu wykonał zapraszający gest ręką. Wszedłem do pokoju, podczas gdy on zamykał drzwi wejściowe. Rozejrzałem się dyskretnie.

Mieszkanie było tak ciemne, ponieważ okna wychodziły na zamknięte podwórko. Pomimo iż wszystkie były pozamykane, dobiegały mnie pomieszane odgłosy rozmów, telewizji, muzyki.

Na odrapanej drewnianej podłodze leżał niewielki wytarty chodnik, który kiedyś mógł być ładny. Możliwe nawet, że był kolorowy. Od ścian odchodziła brudna, wypłowiała tapeta, w kątach poczerniała. Pokój wypełniały stare, tandetne, poobdzierane i rozlatujące się meble, sterty papierzysk i trochę zniszczonych przyrządów biurowych. Nie zauważyłem wiszącej lampy, jedynym źródłem oświetlenia była chyba mała lampka stojąca na biurku. W opłakanym stanie, rzecz jasna.

— Proszę usiąść. Napije się pan czegoś?

Zdjąłem płaszcz i kapelusz i rzuciłem je na kanapę. Sam usiadłem obok.

— Nie, dziękuję. Dowiem się w końcu jak mogę ci pomóc? A w ogóle, może najpierw byśmy się poznali?

— Nie. To chyba nie jest dobry pomysł — chłopak niepewnie cedził słowa. — Zresztą, i tak nie warto.

— Skoro tak twierdzisz... — nie zwykłem wyrywać tajemnic innym ludziom. Pomyślałem sobie, że możemy zagrać wedle jego reguł. Niech mówi tylko to, co uzna za słuszne.

Większość papierów walających się po pomieszczeniu była zapisana. Jeśli to było jego pismo, chyba próbował na poważnie.

— Ja chciałbym pana prosić... — zaczął w końcu. — żeby... żeby pan coś dla mnie zrobił.

Potwierdziłem zrozumienie skinieniem głowy.

Otworzył usta, aby coś powiedzieć, ale rozmyślił się, zamknął je i podszedł do biurka. Wysunął szufladę, wyjął jakieś zawiniątko, po czym z powrotem ją zamknął. Odwrócił się twarzą do mnie.

— Proszę mi tylko jeszcze coś obiecać. Proszę obiecać, że jeśli nie zdecyduje się pan mi pomóc, to nikomu pan o mnie nie powie, po prostu zapomni pan, że kiedykolwiek tu był.

— Wiele ode mnie żądasz, a nic mi jeszcze nie wyjaśniłeś — odrzekłem.

— Chyba na tym polega pomoc — spuścił głowę. — Na odrobinie bezinteresowności.

— Skąd mogę wiedzieć, że nie pakujesz mnie w nic niedobrego?

— Jeszcze będzie pan mógł się wycofać. Ale najpierw musi pan obiecać.

— No dobrze. Obiecuję.

Rozwinął białe szmatki, które przez cały ten czas trzymał w rękach. Ukazał się spod nich duży, czarny pistolet. Dreszcze przeszły mnie po raz drugi.

Chłopak chwycił broń za lufę i wyciągnął rękę w moją stronę.

— Chciałbym... żeby pan mnie zabił. Jest nabity.

Brwi same mi się zmarszczyły. Pokręciłem głową.

— Wiesz, czego ode mnie żądasz?

— Tak, proszę o pomoc — nie opuszczał wyciągniętej ręki.

Przełknąłem ślinę i oparłem brodę na zaciśniętych pięściach.

Nie pamiętam, jak długo tak siedziałem. Nie pamiętam nawet dokładnie, o czym myślałem. O przyczynach? O chorobie? O desperacji? O zrządzeniach losu? Ale o czymkolwiek bym nie myślał, doszedłem do tego, że oto pierwszy raz w życiu mam szansę naprawdę komuś pomóc. Podniosłem wzrok.

— Pomogę ci. Ale nie tak.

— Inaczej nie można mi pomóc — patrzył na mnie podejrzliwie. — A jeśli chce mi pan przeszkodzić... — cofnął rękę i złapał pistolet za kolbę. — Nie zawaham się!

— To dobrze. Powiedziałem już, że ci pomogę. Ale teraz ty zrób coś dla mnie i odpowiedz mi: czy  naprawdę  tego chcesz?

Zacisnął szczęki. Mięśnie jego twarzy drgały.

— Tak — wyszeptał. Głos odmówił mu posłuszeństwa.

— Nie masz już żadnych spraw do załatwienia?

Przecząco pokręcił głową.

— Więc słuchaj mnie uważnie i rób to, co mówię.

Tym razem skinął potakująco.

— Jeśli pistolet jest zabezpieczony, odbezpiecz go.

Sprawdził.

— Jeśli w komorze nie ma naboju, przeładuj. Wiesz jak to się robi?

Ponownie pokiwał tylko głową.

— Ułóż go sobie dobrze w dłoni, tak jakbyś przymierzał się do oddania celnego strzału.

Posłuchał, poprzebierał trochę palcami. Były mokre. Jak i on sam. Później zastanawiałem się, czy to pozostałości deszczu, czy pot.

— Teraz przyłóż sobie lufę pod brodę. Nie w pobliżu kości, tylko tam, gdzie wyczujesz miękkie ciało. Dobrze. Nie zamykaj oczu. Patrz się na mnie. Odsunę się w drugi kąt pokoju. Połóż sobie drugą rękę na ciemieniu. Skieruj lufę prosto na ciemię. Dobrze.

Chłopak automatycznie wykonywał moje polecenia. A ja byłem już spokojny. Zdecydowany.

— Nie zamykaj oczu. Cały czas patrz się na mnie. Nie jesteś sam. Jestem z tobą. Kiedy powiem: „już” zdecydowanym ruchem naciśnij spust. Nie szarp, tylko naciśnij. Patrz się na mnie. Nie jesteś sam. Jeśli coś... Gdyby poszło nie tak, dokończę to... Obiecuję ci. Patrz się na mnie. Nie jesteś sam. Już.

 


Góra strony