Tej nocy nie mógł spać. Nie był również w stanie myśleć. Odkąd
uświadomił sobie własne przeznaczenie, stał się automatem, maszyną nie
posiadającą już ludzkiego pierwiastka zwanego psychiką. Miał za to CEL i czuł
instynktownie, że tylko tego potrzebuje.
O świcie wstał, umył się, ogolił. Osoba, która pojawiła się w
lustrze przywołała mgliste obrazy zapomnianej rzeczywistości. Ale były mu one
obojętne — tak samo, jak każdy jeden przedmiot z otoczenia.
Ubrał się, spod łóżka wyciągnął niewielką torbę. Pewnymi ruchami
dłoni złożył pistolet, nakręcił tłumik, przeładował. Do kieszeni marynarki
włożył jeszcze dwa pełne magazynki. Zszedł do garażu, wsiadł do samochodu.
Jadąc ulicami nie skupiał uwagi na tej czynności. Jego zmysły wychwytywały
najważniejsze bodźce, a organy reagowały bez angażowania w to nieaktywnego
umysłu.
Zatrzymał się, wysiadł, podszedł do drzwi, zadzwonił. Ponad
zacisznie położonym budynkiem plebanii górowały czerwone mury gotyckiej
świątyni. Drzwi otworzyły się. Stała w nich niska, starsza zakonnica.
Nie zdążyła nic powiedzieć. Prawą rękę zacisnął jej na ustach,
lewą chwycił za drobny kark. Energicznie uderzył w lewą, potem w prawą ścianę
korytarza. Dwa głuche odgłosy zakłóciły poranną ciszę, krwawe bryzgi rozdarły
śnieżną biel prawej ściany. Z głębi mieszkania dobiegł go matowy, jednak czysty
głos.
— Czy to do mnie?
Zamknął drzwi i podążył za tym głosem, po drodze wyciągając broń.
Proboszcz jadł śniadanie. Zdążył tylko podnieść głowę. Pistolet
szczęknął, pierwsza kula uderzyła nisko, wybijając zęby z górnej szczęki
i zniknęła gdzieś w czerwonym otworze. Druga trafiła w szyję i uwolniła litry
krwi krążące dotychczas w ciele księdza. Podłoga czerwieniała.
Wsunął pistolet za pasek spodni i wyszedł z mieszkania, ciężko
stąpając nad zwłokami zakonnicy. Zasiadł za kierownicą i ruszył. Wiedział, że musi
wypatrywać krzyży, które najczęściej stanowiły zwieńczenie dumnych,
strzelistych wież.