Zazwyczaj budziły się, kiedy samotność zaczynała mu doskwierać.
Zazwyczaj. Bo nie istniała taka pora, która byłaby dla nich nieodpowiednia.
Zupełnie tak, jakby chciały dotrzymać mu towarzystwa.
Nienawidził
ich, choć tak naprawdę nigdy nie poznał ich intencji. Ich obecność stanowiła
wyśmienitą okazję do obarczenia kogoś winą. Winą, która jemu była przeznaczona.
Często zastanawiał się, jak wyglądałoby jego życie, gdyby w końcu zostawiły go
w spokoju, albo nawet gdyby nigdy się nie pojawiły. Nie był w stanie sobie tego
wyobrazić...
Kilkakrotnie
próbował nadać im imiona. Musiał się poddać. W jego języku nie było pojęć choćby
zbliżonych do tego, co chciał wyrazić. Po czasie zrozumiał, że to miało sens.
Poznanie ich imion oznaczałoby władzę nad nimi, a to nie leżało w ludzkich
możliwościach.
Nie wiedział,
czy wiedzą jaką wyrządzają mu krzywdę. Jak pętają uczucia, rozrywają jaźń
i doprowadzają ciało do ruiny. Zakładał jednak, że tak. Pragnął zakończyć
swoje męki i oddać im się całkowicie, ale jakaś jego cząstka stawiała opór, o
którym wiedział, że nigdy nie osłabnie. Czuł, że jest skazany na wieczną walkę
przegranych.