CARMEN FUNEBRE

 

 

Nie powiem tego. Nie mogę. Nie powiem.

 

W ostatniej chwili dostrzegł zaniedbanego człowieka klęczącego przy schodach katedry. Nic dziwnego — stanowił niezmiernie małą skazę na tle monumentalnej budowli postawionej na chwałę Pana. Cofnął się kilka kroków. Żebrak nie zwrócił na niego uwagi. Dopiero kiedy usłyszał szelest wyjmowanego banknotu, podniósł wzrok. Nie ośmielił się odezwać. Oto ujrzał twarz Chrystusa.

 

Nie miałeś prawa jej tknąć.

 

— Patrzcie! Jezus! — mężczyzna z podpitej gromadki stojącej przed klubem wskazał go palcem. Reszta towarzystwa roześmiała się złośliwie.

Powodem poruszenia był młody człowiek, którego twarz sprawiała wrażenie zdjętej z sakralnych obrazów. Długie, ciemne włosy, zarost okalający lico i głębokie, nieobecne spojrzenie kojarzyły się jednoznacznie.

Minął ich obojętnie. Skórzany płaszcz falował lekko w rytm jego kroków. Po chwili był już tylko czarną sylwetką znikającą w wielobarwnym tłumie sunącym poprzez szare ulice.

 

Ani nikogo innego.

 

Opuścił pędzel w poczuciu bezradności. Popatrzył na płótno rozpięte na sztaludze. Wiedział, co zaraz nastąpi. Zwątpienie. Potem gniew, rozpacz, beznadzieja, pustka, wspomnienie strzępków dumy, strach, powrót. Wszystko podszyte niezmierzoną warstwą niepojętego bólu. Przeżywał to tak często. Każdy normalny człowiek dawno by się uodpornił...

Odłożył pędzel i paletę. Wytarł dłonie w szary wełniany sweter. Usiadł. Podniósł słuchawkę telefonu, nakręcił numer. Ze zniecierpliwieniem wsłuchiwał się w dźwięczący sygnał. Wreszcie usłyszał oczekiwany głos.

— Nie chcę być sam — wyszeptał i oparł głowę na rękach.

 

Przecież to mnie nienawidzisz.

 

Kot spał na kanapie. Szary, pręgowany dachowiec. Usiadł obok niego. Pogłaskał. Ciało zwierzęcia było nieruchome, mięśnie zesztywniałe. Nie żył.

 

A może aż tak mnie kochasz?

 

Ze ściśniętym gardłem przytulał matkę przyjaciela. Nie pytała o nic. Jakby znała odpowiedź, jakby nie chciała go ranić. A on nie miał szansy płakać. Nie miał szansy cierpieć. Bo i tak nie byłby w stanie wyrazić, dlaczego jej syn odkręcił gaz.

 

Musiałeś, prawda? Musiałeś mnie ukarać?

 

Kiedy zadzwonił telefon, wstrząsnęły nim dreszcze. Przeczucie. Niepewnie podniósł słuchawkę.

— Halo?

— Cześć.

— Cześć tato. Co słychać?

— Siedzisz?

— Tak, siedzę, ale...

— Posłuchaj mnie, synu. Nie przerywaj. Nie utrudniaj. Pamiętasz transfuzję? Spieprzyli to. Zarazili mnie wirusem HIV. Jestem chory na AIDS. Nie mam szans, to kwestia tygodni. Nie odwiedzaj mnie. Żegnaj. Kocham cię, synu.

Trzask. Przerywany piszczący sygnał.

 

Nie jestem niewolnikiem samego siebie, jak ty.

 

Stał samotnie nad mogiłą. Jego płaszcz zdawał się roztapiać w promieniach sierpniowego słońca. Płatki pąsowej róży, którą trzymał w opuszczonej dłoni przypominały strzępki skóry na Jej spierzchniętych ustach. I pamiętał.

Pamiętał chwile ze snu zwanego przeszłością. Pamiętał Jej dotyk, Jej zapach, Jej smak. Pamiętał Jej ból i pamiętał mur, przez który nigdy się nie przebili.

Pamiętał Niewinność zbrukaną zabawą pijanych nieznajomych. Pamiętał grymas wstrętu do samej siebie, jaki utrzymał się na Jej twarzy do końca. Pamiętał.

 

Wybaczam ci.

 


Góra strony